Postanowiłam dziś opowiedzieć Wam o tym co się u nas wydarzyło całkiem niedawno, bo jakieś dwa i pół, no może trzy i pół roku temu. Ale żebyście wszyscy mogli pojąć, że zdarzenie to jest naprawdę niebywałe, muszę zacząć od samiuśkiego początku. I to dokumentnie. Otóż zdarzają się dni kiedy Adalberg Krupka popada w abstynencję. A gdy już zaistnieje taki właśnie fakt, idzie on zobaczyć ile urosły jego liczne wnuczęta od poprzedniego okresu trzeźwości. Potem, jak już obejdzie domy wszystkich swoich dzieci siada sobie na ławeczce przystanku pekaesu obserwując świat z własnej perspektywy. Mówiąc z własnej, mam na myśli to, że Adalberg słusznego wzrostu nie jest. Niestety, nie można nawet powiedzieć, że jest wzrostu średniego. Ot taki fujarecki kurduplant i tyle.
Co by tu nie gadać, muszę jednak uczciwie przyznać, iż właśnie w takich okresach trzeźwości jesteśmy wszyscy najlepiej poinformowani o tym, kto gdzie i po co pojechał, no i oczywiście kto i z czym ( lub kim )do nas przybywa. A fakt, o którym mam zamiar dziś opowiedzieć miał na szczęście miejsce wtedy, gdy Adalberg pełnił swój dyżur pod wiatą . Ja byłam akurat u jego żony Zyty, żeby oddać pożyczony tydzień temu walec do ugniatania zasiewu trawy.
I wyobraźcie wy sobie, że gdy tak sobie we dwie siedziałyśmy przy czerwonej herbatce i rozmawiałyśmy o ostatnim porodzie Alalii Baniewiczowej, sekserki w popegeerowskiej hodowli niosek rasy leghorn, do domu wrócił Adalberg. I to wyobraźcie sobie nie sam, ale w towarzystwie nieznanego ( jak się nam na początku wydawało) mężczyzny. Uśmiechał się przy tym jakoś tak nieśmiało, półgębkiem. Oczywiście uśmiechał się nasz Adalberg (co już samo w sobie było niezwykle dziwne!!!), a nie ów jegomość. A był to starszy, przygarbiony mężczyzna z bujną siwiuśką czupryna i pooraną bruzdami twarzą. Z tej twarzy patrzyły na nas oczy koloru wrześniowych, kasztanów. Ludzie!!! W momencie gdy popatrzyłam w te oczy w mojej pamięci coś, się poruszyło tak gwałtownie jak nie przymierzając głuchawy Gracjan Pawłowski, gdy ministranci przy ołtarzu dzwonkami zatrzęsą.
A teraz muszę odcedzić ziemniaki do sałatki jarzynowej, co to ją na zebranie kółka gospodyń mam zamiar zrobić. A jak już ją zrobię to może i znajdę czas, żeby tę opowieść do końca doprowadzić.
Co by tu nie gadać, muszę jednak uczciwie przyznać, iż właśnie w takich okresach trzeźwości jesteśmy wszyscy najlepiej poinformowani o tym, kto gdzie i po co pojechał, no i oczywiście kto i z czym ( lub kim )do nas przybywa. A fakt, o którym mam zamiar dziś opowiedzieć miał na szczęście miejsce wtedy, gdy Adalberg pełnił swój dyżur pod wiatą . Ja byłam akurat u jego żony Zyty, żeby oddać pożyczony tydzień temu walec do ugniatania zasiewu trawy.
I wyobraźcie wy sobie, że gdy tak sobie we dwie siedziałyśmy przy czerwonej herbatce i rozmawiałyśmy o ostatnim porodzie Alalii Baniewiczowej, sekserki w popegeerowskiej hodowli niosek rasy leghorn, do domu wrócił Adalberg. I to wyobraźcie sobie nie sam, ale w towarzystwie nieznanego ( jak się nam na początku wydawało) mężczyzny. Uśmiechał się przy tym jakoś tak nieśmiało, półgębkiem. Oczywiście uśmiechał się nasz Adalberg (co już samo w sobie było niezwykle dziwne!!!), a nie ów jegomość. A był to starszy, przygarbiony mężczyzna z bujną siwiuśką czupryna i pooraną bruzdami twarzą. Z tej twarzy patrzyły na nas oczy koloru wrześniowych, kasztanów. Ludzie!!! W momencie gdy popatrzyłam w te oczy w mojej pamięci coś, się poruszyło tak gwałtownie jak nie przymierzając głuchawy Gracjan Pawłowski, gdy ministranci przy ołtarzu dzwonkami zatrzęsą.
A teraz muszę odcedzić ziemniaki do sałatki jarzynowej, co to ją na zebranie kółka gospodyń mam zamiar zrobić. A jak już ją zrobię to może i znajdę czas, żeby tę opowieść do końca doprowadzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz