Obserwatorzy

wtorek, 1 września 2009

Rzemiosło

Filon Lenartowicz urodził się w Fujarkach Mszalnych tak dawno temu, że nikt już nie pamięta ani żadnych jego krewnych, ani nawet jego samego jak chłopakiem był. Więc powiem wam szczerze, że ja nie dam se nawet jednego włosa obciąć , czy to co on siedząc na ławce pozostałym dziadkom ze swego stowarzyszenia dziadków kościelnych opowiada to prawda , czy też nie.
Bo Filon cały czas gada. Gada jak nakręcony. A nawet jak nie gada to mruczy coś pod nosem, a jak tylko jakiś delikwent koło niego na ławce przysiądzie to mruczenie zaraz w gadanie przechodzi. Jak się ma dużo lat , to i opowiadań ma się nieprzebrane ilości. Tak i z Lenartowiczem jest. Żonka jego zmarła jakoś zaraz po Stalinie, a jedyny syn Winicjusz, wyjechał badać zwyczaje aborygenów w dalekiej Australii i tam podobno z jedną z tych półdzikich kobiet się ożenił. Ksantypa Cichosz mówi, że i u nas takich dzikusek niemało no i , że Winek mógł się na ten przykład z Delfiną Gryzik ożenić. Tej też niewiele brakuje, bo jak w łońskim roku dziki z lasu przyszedłszy do jej ziemniaków raz się zbliżyły , to ona z wojenną dwururką, co to ją jej ojciec na strychu chował , aż do wykopków na zydelku o dwóch nogach całe noce na skraju pola przesiedziała. Czemu o dwóch nogach? No bo jak ją sen morzyć zaczynał, zydel się przechylał i kobita zaraz trzeźwiała.
A jak już o trzeźwieniu mowa, to nie sposób nie wspomnieć o Hilarii Sirojć , żonie krawca lekkiego Prokopa, która to męża swego zwykła z knajpy na drabiniastym wózeczku swoich dzieciaków w stronę domu wieźć. Ale nie do samego domu go wiozła, o nie! Wciągała nieszczęśnika do obórki gdzie kozy nocowały i jeszcze na skobelek drzwi komórki zamykała. A kozule nad nim aż do białego rana rzewnie beczały. Prakseda Pawlicka to idąc kiedyś świtem bladym do lasu na grzyby, świadkiem była, jak krawiec w obórce we drzwi walił i na żonkę swą pomstował.
Bo w naszej wsi, a i w okolicznych też, aż kilku róznych krawców zamieszkało i lekkich i ciężkich. I powiem wam jedno: mimo, że ciuchów gotowych jest w sklepach sporo, to u nas ludzie lubieją żeby i kostium i garnitur, czy tam jesionka nawet, były szyte na miarę.
A ja kota Filon nazwałam, nie tylko dlatego, że on jak stary Lenartowicz mruczeć pod nosem lubi, ale i po części z sentymentu. Mogę nawet dodać, że z wielkiego sentymentu!
Filon Lenartowicz chałupę miał co prawda w Fujarkach Mszalnych, ale to w naszych Fujarkach Górnych przez lat kilkadziesiąt warsztat swój miał i rzemiosło swoje szewskie w nim uprawiał. Bo Filon doskonałym szewcem był! Znali go i panowie i panie w całym powiecie. I nie tylko zelował stare buty, ale i na zamówienie rozmaite wymyślne trzewiki ludziom robił.
A ja w tym właśnie jego warsztacie czeladnikiem szewskim się onegdaj zostałam!

Brak komentarzy: