Pamiętam całkiem wyraźnie jak pijany dziadek żony młodszego sikawkowego Euzebiusza Bodetko Kasjopei rzucił się był onegdaj na naszego nieboszczyka proboszcza ś.p. księdza Michałowskiego z tzw. ”tulipanem” i o mało co, a byłby zrobił naszemu księżulowi krzywdę. Na szczęście dziadek ( wówczas był co prawda jeszcze osiłkiem w sile wieku! ), był zbyt przesiąknięty bimbrem pędzonym w zagajniku przez naszych fujareckich wytwórców, a ksiądz miał na rękach skórzane rękawiczki, bo w tym właśnie momencie przesadzał kaktusy w swojej maleńkiej oranżeryjce. Oprócz, więc potwornego wrzasku jaki na całą naszą wioskę podniosła wtedy księża gospodyni do żadnej większej tragedii jednak na szczęście nie doszło. I mimo, że głęboka komuna wtedy była, czy też jak to mówili tzw. słuszny socjalizm, nikt , ale to nikt się nie dopatrzył w całym zajściu, ani zbrodni politycznej, ani zamachu na miarę tragicznej polskiej historii. Matka Pawłowskiej mówiła, że była świadkiem jak ów człowiek, żądał w zakrystii, żeby mu nasz ksiądz dał ślub całkiem za darmo. Ksiądz zgodzić się nie mógł i tak się to wszystko zaczęło. No, ale cała ta rozegrała się w zamierzchłych czasach, kiedy to nikt ani o żadnych opozycjach, ani o podżeganiu do zabójstwa, ani nawet o tej naszej demokracji nie słyszał. Dzisiaj to wszystko nie do wyobrażenia. Sama już nie wiem, może i nie w porę są te moje wspominki, jak mi to wmawia nasza Karpa?
Obserwatorzy
czwartek, 21 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz