Obserwatorzy

piątek, 15 kwietnia 2011

Firany

Karpowa na ogół to spokojna kobita jest. Ile razy jej chłop wymówki i awantury wszczynał, to ona cichuśko, spokojniuśko myk myk i zaraz, a to koszule mu przeprasuje, a to gumiaki z gnoju oczyści, a to kapuśniaku na wieprzowych nóżkach z listkiem bobkowym nagotuje.
Ale dziś Karpowa nie zdzierżyła. A wszystko przez Wojtasiakową , która to, jak co roku przed wierzbną niedzielą swoje słynne na całą wieś firanki uprać postanowiła. A te firanki moi kochani to ręcznie robione są w cudnej urody kiście winogron. Rzecz jasna, że na szydełku robione i oczywiście przez samą Wojtasiakową. Okna kobita wielkie ma, jak brama w stodole u Kondejów, więc i firany nie małe są. Jak wam doskonale wiadomo firany takie trzeba dobrze ukrochmalić, a następnie na specjalnie złożonej, drewnianej ramie akuratnie rozpiąć.
Ramy takie to już teraz nawet w naszym powiecie wartość muzealna jest, ale czego to we Fujarkach nie ma? No właśnie. Wszyściuchno jest. Co nam potrzeba rzecz jasna!
Ja jak wiecie plotek nie lubię, ale takie właśnie ramy, obok trzech kołowrotków, drewnianego woza i sochy po przodkach, trzyma w swoim świronku bratowa naszej Bezatowej Dezdemona Kosowska.
Od niej to właśnie Wojtasiakowa ramę pożyczyła i na środku polnej drogi rozstawiła, aby firanki nie tylko dobrze wyschły, ale żeby je słoneczko złote szarości pozimowej pozbawiło.
I na tę właśnie kratę Karpowa wpadła idąc po południu na plotki do Borgowej, która rano z Burczybasów wróciła, gdzie jeździła do protetyka, coby se na Wielkanoc nowy garnitur zębów białych jak śnieg zamówić.
Takiego dzikiego wycia, jak ten co go Karpa nadziawszy się na zabytkową ramę na całą wieś zrobiła, to nawet nasza syrena w straży pożarnej by nie dała rady zrobić. Oczywiście jak jeszcze całkiem sprawna była, bo teraz to tylko pohukuje jak zakatarzona sowa.
Wszystkie ludzie z chałup powylatali, a Karpa wyła, wyła i wyła.
Zresztą może jeszcze by wyła, ale ją stary Karpa do domu siłą zaciągnął z pomocą wikarego, co przypadkiem tamtędy przebiegał.
Ale o bieganiu wikarego to wam moi drodzy kiedy indziej opowiem.
A Karpowej, prócz sińca pod okiem, zwichniętego barku i dwóch złamanych żeber nic strasznego na szczęście się nie stało.
I to na dziś tyle.
Starczy z nawiązką.

Brak komentarzy: