Śmierć samobójcom - powtarza za każdym razem Kisielińska, jak słucha wspomnień o strasznym przypadku w młodości naszego Kurzaja.
A z tym Kurzajem to wielka tragedia była. Miłosna podobno. Ale ja osobiście do końca przekonana o tym nie jestem. No, a jak ja nie jestem przekonana, to za wiele nad tym faktem pochylać się nie będę, bo tak w zwyczaju moim jest. Tylko wam tak z grubsza tę historię przybliżę, żebyście byli w temacie, jakby co.
Otóż to było już dawno temu, jak ów chłop nie był jeszcze pełnym chłopem, ale chłopakiem młodym, pięknym i wąsa do góry podkręcającym. Do naszego kościoła została wówczas przysłana niejaka siostra Agafia z zakonu sióstr najbardziej bosych. Czy ona była piękna to ja nie wiem, może i duszę nie brzydką miała, bo uroda jej według mnie była taka bardziej biała. No, ale dla Kurzaja cała ona była piękna i jasna.
No moi drodzy, nigdy nie zapomnę co się wtedy z tym chłopem działo! Żadnej mszy nie opuścił, wodę święconą na każdą wymieniał, dywany kościelne codziennie na własnym podwórzu (jakiś kilometr, albo może i dwa od kościoła położonym!) trzepał, na zapleczu plebani pomagał jak umiał, nawet trawę na cmentarzu skosił, jak siostra Agafia powiedziała cicho, że mogiłek spośród zielska nie widać.
Bo głos siostra Agafia cichuteńki miała i jak mówiła, to takie jakby ni to jodłowanie, ni to gulgotanie z jej ust na świat wychodziło. Rodzina Kurzajów, to na początku cieszyła się, że młody na łono kościoła nawrócił się, ale po jakimś czasie, to ich zaczęła ta jego religijność z lekka przerażać. No, bo w domu rzadko bywał, przy obrządku nie pomagał, jeszcze kwiaty co ledwo rozkwitły wszystkie z rodzinnego ogrodu do kościoła, a właściwie do zakrystii zanosił.
Nie żeby mu żałowali, co to to nie, ale wtedy ojce jego mieli coś koło tysiąca, albo i dwóch tysięcy gęsi, które trzeba było karmić, potem w czas ubić i skubać, bo ceny pierza akurat w tamtym czasie mocno w górę poszły. Więc zaczęli z nim gadać i przekonywać, ale on jak koń węglarza Nowakowskiego ( dziada naszego Rzemka) klapki na oczach miał i do przodu tę swoją miłosną dorożkę ciągnął.
No, ale nic nie trwa wiecznie, ani księża, ani tym bardziej siostrzyczki same swoim losem nie kierują. Więc gdy siostrę Agafię przeniesiono w nieznane, nasz nieszczęsny Romeo w zatracenie popadł. Najpierw przez dwa, albo trzy miesiące jeździł po klasztorach, parafiach i domach dziecka, ale niestety, czy też może i na szczęście na ślad zakonnicy nie wpadł. Prawie nie jadł i mało pił.
No i potem nadeszło najgorsze z najgorszych. A mianowicie ktoś podobno dowiedział się , czy tam podsłuchał, że ktoś inny się wywiedział od kogoś , kto był naocznym świadkiem rozmowy nie wiadomo do dziś z kim, jakoby nasz chłopak miał zamiar się powiesić. Ten ktoś wiedział nawet dokładnie gdzie, czyli w ciemnawym zakątku, pod starym młynem, gdzie stoi stara rosochata iwa. I na jej właśnie złamanym przez złego konarze, nasz nieszczęśnik ponoć zamiarował życie swe młode zakończyć. Prawdę mówiąc nikt u nas do końca nie wie, czemu zamiaru owego nie dopełnił, ale domysłów do dziś dnia wiele jest, a nawet dodam, ze stale nowych przybywa. Zwłaszcza w jesienne, albo zimowe wieczory, jak się kilka fujarecczanek spotka przy jednym stole.,
Prawdę mówiąc. Ale jaka jest ta prawda? I czyja ona jest? Pewno niczyja, bo prawda moi drodzy jest jak dupa, każdy ma swoją.
Ja tylko od siebie dodam, że co by tam było, albo i nie było i czego by tam po próżnicy nie gadać, to po dziś dzień jak się po zmroku koło starego młyna przechodzi ciarki po grzbiecie od czubka głowy, aż do kości ogonowej przelatują jak prąd po mokrej królicy.
A jak już o ogonie mowa, to dodam, że choć jak wiecie plotek nie lubię, ale pewna nie jestem, czy te ciarki to występują w nawiązaniu do Kurzaja, który obietnicy powieszenia się na wierzbie nie dotrzymał, czy też może owego złego, co konar złamał, a czego świadkiem była ponoć świekra matki Wojtasiakowej, Flora Baran. No, ale opowieść o przygodzie Florci odłożę na kolejny ponury, burzliwy wieczór.
Brrr, ale pogoda!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz