Koło stawiku , w którym latem taplają się kaczki Terencjusza Sygita, stoi drewniana ławeczka, którą postawił jeszcze jego ojciec, żeby patrzeć w dal. No bo ojciec Terencjusza, Saturnin był chory na postępującą melancholię. Wychodził on bladym świtem z chałupy , siadał na ławeczce i siedział tam aż do zmroku. Czasem nawet bez jedzenia i bez picia. Różni to wtedy różnie o tym gadali, ale z czasem wszyscy przywykli do samotnej postaci siedzącej nad wodą. Zresztą tak prawdę mówiąc to takich różnych dziwaków i dziwolągów to było kiedyś w Fujarkach, a było. Dziś też ich nie brakuje, no ale to już nie to samo co za dawnych lat. U Kropiewnickich było ciotka rezydentka, co siadała pod kościołem i głośno modliła się za dusze swoich znajomych i sąsiadów. Tych co jeszcze żyli też. Imienia jej już nie pomnę, ale było ono jakieś takie dziwne, nietutejsze. Nie nasze.
A znowu na poddaszu u Pawlickich mieszkał na dożywociu dziadek Romaszka, co aż zza Uralu do rodziny przywędrował. Ten z kolei śpiewał rosyjskie romanse. I nie byłoby w tym nic dziwnego, ale on te swoje romanse śpiewał tylko i wyłącznie pod warsztatem szewskim i tylko w środy między 11 a 18.45. Czemu tak właśnie? A tego to nikt do dziś nie wie, nawet najstarsi Fujarczanie.
A propos najstarszych, to z naszych ostatnich debat w kole gospodyń wynika , że najstarszą mieszkanką Fujarek była moja ciotka Wiktoria Cypko. Zmarła ona w wieku 101lat, ale na grobie ma wykute 91. Jak niosła wieść rodzinna, zaraz po wojnie zmniejszyła lata sobie i swoim dwom siostrom po to, żeby móc dłużej pracować. Wspomnę jeszcze, że była nauczycielką i codziennie jeździła kilkanaście kilometrów do pracy na ...rowerze, mimo bardzo podeszłego wieku. Ja to już tak dawno nie jeździłam na rowerze, że gdyby nie mój sąsiad, to pewno bym zapomniała jak wygląda. Bo musicie wiedzieć, że syn starej Pawłowskiej Pankracy ma wielkie zamiłowanie do rowerów. Stale ten swój czyści, przemalowuje, okleja jakimiś bajerami, nawet raz to spadochron za sobą ciągnął. Spadochron co prawda wielki nie był, ale i nie za mały. Akurat taki, żeby się na nim zmieściła reklama konserw z wątróbką rybną w oleju, ze sklepu naszej Róży. Bo te wątróbki to tylko ja sobie od czasu do czasu kupuję, bo bardzo je lubię i to w dodatku od dawna. No i papuga sąsiadka moja Oliwia też.
Ja tam plotek nie lubię, ale powiem wam, że w naszym sklepie to najwięcej idzie cienkiej kiełbasy. No nie wspominając o trunkowych, bo ci to kupują raczej salceson, albo kaszankę. A odkąd w narodzie moda na grillowanie gwałtownie się nasiliła , to w piątek po 11, nie ma co liczyć, żeby u Rychlikowej chociaż maluśki jej kawałeczek kupić. No chyba, że komuś bardzo sie zachce, to u niektórych sąsiadów tzw. „domową“ może nabyć. Bardzo podobna ona do prawdziwej kaszanki jest, tylko zamiast krwi wieprzowej mielona wątroba do niej idzie, no i zapieka się ją we foremkach. A to już jeśli o grilla chodzi nie pasuje i już. Chyba. żeby komuś jednak pasowało. A gusta jak wiadomo różne bywają. Nawet i spaczone.
P.s. A ciotce rezydentce Kropiewnickich było na imię Wanda.
A znowu na poddaszu u Pawlickich mieszkał na dożywociu dziadek Romaszka, co aż zza Uralu do rodziny przywędrował. Ten z kolei śpiewał rosyjskie romanse. I nie byłoby w tym nic dziwnego, ale on te swoje romanse śpiewał tylko i wyłącznie pod warsztatem szewskim i tylko w środy między 11 a 18.45. Czemu tak właśnie? A tego to nikt do dziś nie wie, nawet najstarsi Fujarczanie.
A propos najstarszych, to z naszych ostatnich debat w kole gospodyń wynika , że najstarszą mieszkanką Fujarek była moja ciotka Wiktoria Cypko. Zmarła ona w wieku 101lat, ale na grobie ma wykute 91. Jak niosła wieść rodzinna, zaraz po wojnie zmniejszyła lata sobie i swoim dwom siostrom po to, żeby móc dłużej pracować. Wspomnę jeszcze, że była nauczycielką i codziennie jeździła kilkanaście kilometrów do pracy na ...rowerze, mimo bardzo podeszłego wieku. Ja to już tak dawno nie jeździłam na rowerze, że gdyby nie mój sąsiad, to pewno bym zapomniała jak wygląda. Bo musicie wiedzieć, że syn starej Pawłowskiej Pankracy ma wielkie zamiłowanie do rowerów. Stale ten swój czyści, przemalowuje, okleja jakimiś bajerami, nawet raz to spadochron za sobą ciągnął. Spadochron co prawda wielki nie był, ale i nie za mały. Akurat taki, żeby się na nim zmieściła reklama konserw z wątróbką rybną w oleju, ze sklepu naszej Róży. Bo te wątróbki to tylko ja sobie od czasu do czasu kupuję, bo bardzo je lubię i to w dodatku od dawna. No i papuga sąsiadka moja Oliwia też.
Ja tam plotek nie lubię, ale powiem wam, że w naszym sklepie to najwięcej idzie cienkiej kiełbasy. No nie wspominając o trunkowych, bo ci to kupują raczej salceson, albo kaszankę. A odkąd w narodzie moda na grillowanie gwałtownie się nasiliła , to w piątek po 11, nie ma co liczyć, żeby u Rychlikowej chociaż maluśki jej kawałeczek kupić. No chyba, że komuś bardzo sie zachce, to u niektórych sąsiadów tzw. „domową“ może nabyć. Bardzo podobna ona do prawdziwej kaszanki jest, tylko zamiast krwi wieprzowej mielona wątroba do niej idzie, no i zapieka się ją we foremkach. A to już jeśli o grilla chodzi nie pasuje i już. Chyba. żeby komuś jednak pasowało. A gusta jak wiadomo różne bywają. Nawet i spaczone.
P.s. A ciotce rezydentce Kropiewnickich było na imię Wanda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz