Mówiłam wam, że do księdza kuzyn przyjechał? Nooo, właściwie to nie do samego księdza, a do jego brata Kaliksta. Nie wiem czy pamiętacie, ale Kalikst jest fagocistą i to podobno całkiem niezłym, a od paru miesięcy gra w orkiestrze, która ma swą siedzibę w Okarynie Dużej. I właśnie ma być pierwszy koncert tej orkiestry, pierwszy w którym wystąpi fagocista Kalikst.
Nie wiem do końca czy lubię koncerty. No chyba, że gra jakaś orkiestra dęta. U nas w Fujarkach Górnych, komendant straży Pietura też chciał orkiestrę dętą założyć, ale mu się niestety nie udało. Po prostu grajków mało było. Jedynym co jako tako nuty znał, był Barnaba Kołodziejski, chłop o smutnym obliczu. Grał on z tych nut przeważnie kolędy i wyłącznie na organkach, czyli harmonijce ustnej. I od tej pory nie znalazł się nikt , kto chciałby u nas założyć orkiestrę. Jakąkolwiek.
Tak sobie myślę, że jak młodzi tak już całkiem dorosną to na pewno jakiś zespół w naszych okolicach powstanie. Niejeden maluch w gary u matki w kuchni wali, albo w trąbkę z odpustu na całe Fujarki dmucha. A w zeszłym roku na odpuście moja sąsiadka wygrała w kole fortuny szklany domek. Ej, jaki on śliczny był, cały z białego, niebieskiego i lustrzanego szkła, tylko okienka żółte miał. Sąsiadka mówiła, że lampkę do środka wsadzi i na oknie w pokoju postawi, żeby jak latarnia morska wskazywał jej staremu drogę do domu, gdy po pijaku z knajpy wraca.
Jakby mój chłop żył, to bym przy drzwiach trzonek od siekierki postawiła, a nie lampeczkę.
No, ale mój nie żyje chwalić Boga już od wielu lat i w dodatku wcale nie pił, bo od młodości na serce i płuca słabował.
Nasz grabarz Ildefons Gałkowski przez cały tydzień myślał, że ma zapalenie płuc, ale okazało się niestety, że to zwykła niestrawność. Na urodzinach córki Junony zjadł za dużo sałatki z wędzonym kurczakiem co to leżał w gablotce, w sklepie Róży Rychlik o kilka dni za długo.
Jak ostatnio była u mnie Szybilska, to nauczyłam się od niej robić wędzonego kuraka na obiad. Szybilska mi powiedziała, że ona te porcje myje , na patelni obsmaża , dobry jakiś sos robi i już. Spróbowałam raz i drugi, za każdym razem inny sosik dorabiając i tak mi zasmakowało, że jak tylko syn do mnie sieęzapowiadał, zaraz do sklepu po kuraka wędzonego szłam. No, ale po tym co spotkało Ildefonsa, to już sama nie wiem co robić? Niestrawności to się nie boję, bo Junona do sałatki surowe udka kroi, a ja swoje i smażę i potem jeszcze podduszam. No to myślę, że żadna niestrawność mi nie grozi. Niestrawność to może nie, ale jak tak prawdziwe zapalenie płuc by mnie dopadło???
p.s. A sąsiadka moja, Eryka Prokopowicz szklanego domku do chałupy nie doniosła, bo przy jej własnej furtce Krupka Adalberg zatoczył się na nią tak nieszczęśliwie, że tylko kupka kolorowych szkiełek się została.
Nie wiem do końca czy lubię koncerty. No chyba, że gra jakaś orkiestra dęta. U nas w Fujarkach Górnych, komendant straży Pietura też chciał orkiestrę dętą założyć, ale mu się niestety nie udało. Po prostu grajków mało było. Jedynym co jako tako nuty znał, był Barnaba Kołodziejski, chłop o smutnym obliczu. Grał on z tych nut przeważnie kolędy i wyłącznie na organkach, czyli harmonijce ustnej. I od tej pory nie znalazł się nikt , kto chciałby u nas założyć orkiestrę. Jakąkolwiek.
Tak sobie myślę, że jak młodzi tak już całkiem dorosną to na pewno jakiś zespół w naszych okolicach powstanie. Niejeden maluch w gary u matki w kuchni wali, albo w trąbkę z odpustu na całe Fujarki dmucha. A w zeszłym roku na odpuście moja sąsiadka wygrała w kole fortuny szklany domek. Ej, jaki on śliczny był, cały z białego, niebieskiego i lustrzanego szkła, tylko okienka żółte miał. Sąsiadka mówiła, że lampkę do środka wsadzi i na oknie w pokoju postawi, żeby jak latarnia morska wskazywał jej staremu drogę do domu, gdy po pijaku z knajpy wraca.
Jakby mój chłop żył, to bym przy drzwiach trzonek od siekierki postawiła, a nie lampeczkę.
No, ale mój nie żyje chwalić Boga już od wielu lat i w dodatku wcale nie pił, bo od młodości na serce i płuca słabował.
Nasz grabarz Ildefons Gałkowski przez cały tydzień myślał, że ma zapalenie płuc, ale okazało się niestety, że to zwykła niestrawność. Na urodzinach córki Junony zjadł za dużo sałatki z wędzonym kurczakiem co to leżał w gablotce, w sklepie Róży Rychlik o kilka dni za długo.
Jak ostatnio była u mnie Szybilska, to nauczyłam się od niej robić wędzonego kuraka na obiad. Szybilska mi powiedziała, że ona te porcje myje , na patelni obsmaża , dobry jakiś sos robi i już. Spróbowałam raz i drugi, za każdym razem inny sosik dorabiając i tak mi zasmakowało, że jak tylko syn do mnie sieęzapowiadał, zaraz do sklepu po kuraka wędzonego szłam. No, ale po tym co spotkało Ildefonsa, to już sama nie wiem co robić? Niestrawności to się nie boję, bo Junona do sałatki surowe udka kroi, a ja swoje i smażę i potem jeszcze podduszam. No to myślę, że żadna niestrawność mi nie grozi. Niestrawność to może nie, ale jak tak prawdziwe zapalenie płuc by mnie dopadło???
p.s. A sąsiadka moja, Eryka Prokopowicz szklanego domku do chałupy nie doniosła, bo przy jej własnej furtce Krupka Adalberg zatoczył się na nią tak nieszczęśliwie, że tylko kupka kolorowych szkiełek się została.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz