Obserwatorzy

piątek, 29 stycznia 2010

Kwestia przyzwyczajenia

Przy zejściu ze schodków sklepu spotkałam onegdaj Rzepicę Bodaj-Rosińską. Szła na przystanek pekaesu, bo jej mąż Bonawentura miał przyjechać w tej godzinie z odwiedzin u córki Nawojki i jej męża Zdzimira, którzy mieszkają na stancji w Burczybasach Niedużych. Rzepica jak tylko skończyła szkołę wyszła za mąż za Gniewomira Bodaja , który to ponoć nawet ze szlachty jakiejś zaściankowej pochodził. Chłopak był jak pamietam chudy i blady, a matka Rzepicy za wszelką cenę wzmocnić go chciała , no i wymyśliła żeby się  sportem zajął.  No i zajął się , zajął, ale nie tak samym sportem jak żywym ogniem! Na igrzyskach gminnych w Okarynie Dużej zajął się on był od znicza, który uroczyście na inauguracji podpalił, a że odzież w tamtych czasach sztuczna była jak orchideje w moim wazonie, to z Gniewka tylko buty zostały, a i to nie całe. No i młoda wdowa też się została, ale na szczęście nie za długo. Zaraz ze dwóch albo i trzech kawalerów się koło niej niewiadomo skąd i kiedy znalazło. No i po roku przykładnej żałoby Rzepica została panią Bodaj-Rosińską. Nazwiska Gniewka nie odpuściła, bo herbowe, a Bonawentura Rosiński zwykłym tylko ludwisarzem był i w Fujarkach Mszalnych mniejsze i większe dzwony ze spiżu wytapiał.
Otóż ta własnie wspomniana przeze mnie Rzepica powiedziała mi wtedy w sekrecie, że Róża Rychlik sklep sprzedawać będzie i na tyłach domu swego hurtownię wybuduje ogromną . Nie narobi się za wiele, a pieniążki same będą w jej stronę leciały. Ja tam plotek nie lubię, ale jak to usłyszałam, to mnie taka trzęsionka dopadła, że ani tego opowiedzieć, ani opisać. No bo co by moi drodzy na Różę nie gadać, to człowiek do swojej sklepowej przyzwyczaja się jak do ulubionej torebki, no nie?
Ja tam torebek w szafie wiele mam. i na lato i na zimę i na inne pory roku też, ale do jednej zwłaszcza przywykłam i z nią w świątek i piątek po Fujarkach łażę. Czasem to sama z siebie się śmieję , jak na targu w Fujarkach Dolnych, albo w maglu, szukając czegoś w torbie książeczkę do nabożeństwa z niej wyciągnę.
A znowuż Pawlicka sąsiadka moja, to czy mróz czy upał, do kościoła zawsze w tym samym zielonym moherkowym bereciku chodzi. Przywykła i tyle. Ale co ja bede o zwykłych ludziach mówić.  Raz byłam rano mszę za nieboszczyka zamówić i szukając księdza na plebanię wpadłam. A księżulo nasz właśnie śniadanie spożywać zaczął.... płatki kukurydziane na mleku. I jak zdradziła mi jego gosposia, dzień w dzień od lat śniadanie proboszcza takie samo jest. Pierwsze rzecz jasna. Poranne. Bo potem drugie już bogatsze jest i bardziej zróżnicowane. Mówiłam , że plotek nie lubię, ale musiałam wam to powiedzieć bo to dla was ciekawostka,  prawda? Zresztą z wami to ja gadam, można by rzec na ucho. Tak jakby na ucho. I dobrze. I niech tak już zostanie! Toż to też już mi w nawyk weszło. 

Brak komentarzy: