Od rana u mnie i u sąsiadki ... święto rodzinne, czyli większe pranie. Specjalnie zostawiłam sobie pościelowe na tęgi mróz, żeby mi tę pościel wymroziło za wszystkie ciepłe zimy. Pamiętam jak jeszcze w domu rodzinnym mamusia wieszała poprane prześcieradła, powłoczki i bieliznę na porozciągane na podwórzu sznury. No, a wieczorem znosiła te ocukrzone drobinami lodu rzeczy do chałupy i dosychały se w nocy blisko pieca. Mnie jako dzieciukowi najbardziej wbiły się w pamięć nocne, flanelowe koszule. Bo też tam, wtedy na mrozie wcale one do koszul nie były podobne! Niosła je mama do domu jak krzyże, jak chorągwie kościelne co to je z procesji Bożego Ciała zapamiętałam. Tak to i było. Dlatego dziś właśnie, gdy na dworze ponad 15 minusów i słońce ostre jak brzytwa pranie będę między drzewami rozwieszać i już. Mówię wam, ze nawet jakbym i nie miała gdzie wieszać, a nawet domu na wsi nie miała, to i w bloku na balkonie jakąś szmacinę bym powiesiła, żeby
pamięć wskrzesić i stare zapachy przywrócić.
Ja tam plotek nie lubię, ale ta sąsiadka moja Pawłowska to papuga straszna. Podgląda tylko co ja robię i ona zaraz to samo. I to czasem szybciej ode mnie!
Mówię jej na ten przykład: Oliwio (bo ojce Pawłowskiej na imię Oliwia dali), dziś u mnie na obiad zalewajka. Ona co prawda milczy, ale gdy wracam od sklepu Róży z wędzonym boczusiem, to już z daleka czuję, że u Oliwii na obiad zalewajka na żurze z własnego zakwasu prawie gotowa. Muszę jej kiedyś jakiegoś psikusa zrobić, żeby mnie przedrzeźniać przestała i sama myśleć zaczęła.
A swoją drogą to Róża Rychlik dobrze o ten nasz wiejski sklep dba, jest w nim wszystko, co u dobrej gospodyni w komorze znajdować się powinno. I już.
Przypomniało mi się jak ostatnio Johanna (ta po krzyżaku) u mnie była, musiałam jej rękawiczki jakieś pożyczyć, bo nagle swoje skórzane, drogie i markowe gdzieś zagubiła. No to po spacerze ona mi te moje oddaje i gada, że w nich dziura jest, ale że to nie ona ową dziurę wykręciła. Ja jej na to, że wiem i że te dziurę to już jakiś czas temu mole były wyżarły. A ona jak nie wrzaśnie: to ty masz mole Adelajdo? A ja: a jakże droga Johanno, a jakże. Może ja i nie za bogata, ale to co w domu , w zwykłym gospodarstwie być powinno, to ja zawsze mam. Pod ręką. I tyle.
pamięć wskrzesić i stare zapachy przywrócić.
Ja tam plotek nie lubię, ale ta sąsiadka moja Pawłowska to papuga straszna. Podgląda tylko co ja robię i ona zaraz to samo. I to czasem szybciej ode mnie!
Mówię jej na ten przykład: Oliwio (bo ojce Pawłowskiej na imię Oliwia dali), dziś u mnie na obiad zalewajka. Ona co prawda milczy, ale gdy wracam od sklepu Róży z wędzonym boczusiem, to już z daleka czuję, że u Oliwii na obiad zalewajka na żurze z własnego zakwasu prawie gotowa. Muszę jej kiedyś jakiegoś psikusa zrobić, żeby mnie przedrzeźniać przestała i sama myśleć zaczęła.
A swoją drogą to Róża Rychlik dobrze o ten nasz wiejski sklep dba, jest w nim wszystko, co u dobrej gospodyni w komorze znajdować się powinno. I już.
Przypomniało mi się jak ostatnio Johanna (ta po krzyżaku) u mnie była, musiałam jej rękawiczki jakieś pożyczyć, bo nagle swoje skórzane, drogie i markowe gdzieś zagubiła. No to po spacerze ona mi te moje oddaje i gada, że w nich dziura jest, ale że to nie ona ową dziurę wykręciła. Ja jej na to, że wiem i że te dziurę to już jakiś czas temu mole były wyżarły. A ona jak nie wrzaśnie: to ty masz mole Adelajdo? A ja: a jakże droga Johanno, a jakże. Może ja i nie za bogata, ale to co w domu , w zwykłym gospodarstwie być powinno, to ja zawsze mam. Pod ręką. I tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz