Obserwatorzy

wtorek, 27 kwietnia 2010

Zoolub

Kłamstwo ma krótkie łapy. Kłamstwo to mój kocur, którego znalazł w lesie zimą, jakieś dziesięć lat temu mój rodzony chrześniak Sławoj. A, że akurat był u mnie cioteczny wnuczek Cichoszowej na naukach religii i nasza rozmowa była o kłamstwie, no to i kot takie właśnie imię dostał. Bo musicie moi drodzy wiedzieć, że jak jeszcze cierpliwość większą miałam, to pomagałam proboszczowi w układaniu problemów religijnych w głowinach fujareckiej dzieciarni. Wtedy jeszcze nasza katechetka była jak te dzieciny, co je księdzu przyuczać pomagałam. Teraz to ja już nijakiej cierpliwości do żadnego przyuczania nie mam i tyle. Niedawno Pawłowska prosiła mnie żebym jej najmłodszą z tabliczki mnożenia przepytała jak w kolejkę po żarówki stu watowe stanąć szła, ale nic z tego nie wyszło. Dzieci teraz nie chcą se głów zapychać. Na początku wydawało mi się, ze całkiem dobrze nam idzie i już miałam jej dać złotówkę na lizaka, ale patrzę, że mała coś często do kieszeni zagląda. I wiecie co się okazało? Długopis taki elektroniczny smarkula miała, co to nie tylko godzinę i dokładną datę pokazuje, ale jeszcze i całą tabliczkę w swojej pamięci ma. A jak ją nakrzyczeć chciałam, to mi pysknęła, że ma za małą głowę, żeby sobie ją zbytecznymi wierszykami zapełniać.”Wierszykami”! Widzicie ją? I tak moi drodzy złotówka mi w kieszeni została. Teraz niech se nauczyciele tabliczki w szkole sami swoich przemądrzałych uczniów uczą, a i nasza katechetka dzieciaki do przyjęcia sama niech sobie przyucza. Młoda jest, sił i zapału jej nie brakuje, no i czasu ma dużo za dużo, bo i o nikogo się troszczyć nie musi. Ja tam jak wiecie plotek nie lubię , ale Ciesielska dowiedziała się od swojej młodszej córki, co to się z naszą katechetką koleguje, że ona, katechetka znaczy właśnie niedawno wyleczyła się z solitera. I to nie u lekarza nawet, ani nie u naszej położnej Kozaryny, tylko jej go Pani Jeżowa ziołami z brzucha wygoniła. Nie wiem nawet, czy sama bym w to uwierzyła, gdyby nie to, że młodsza Ciesielskiej z nią tam chodziła, a dziewucha jest prawdomówna i poważna jak na swój młody wiek, no i w końcu bielanką u nas w kościele aż kilka ładnych lat była. Więc jej wierzę, tak jak sobie samej.

A znowuż mój chrześniak Sławoj to taki do różnych zwierzątek dobry jest jak mało kto. I do tych co pełzają i do tych co latają, jemu to obojętne. Każde chore i bezdomne poratuje i każdemu nowego domu będzie szukał. Tak było i z moim jednookim kocurem, z kulawym zającem co go do Ciesielskiej wprowadził i z zakatarzonym zaskrońcem co go w końcu po wielu trudach Dopierałom zdołał wcisnąć. Szkoda, że do szkoły za rzadko chadzał, może by i nawet weterynarzem został. No, ale i tak nie najgorzej sobie w życiu radzi. Jak były grzybne lata, to co zebrał w mieście sprzedał, trochę grosza zaoszczędził i poszedł na kurs sekserki, który jak każdy kursant z naszych Fujarek z wyróżnieniem skończył. Teraz seksuje pisklęta w hodowli brojlerów Korneliusza Makowskiego. A, że jest tam jedynym tego typu fachowcem to i zarabia nieźle. Tylko jedno mnie martwi, że sam mieszka jak palec i nie ma mu nawet kto talerza kapuśniaku w czas obiadu na stole postawić. I wiecie, tak sobie teraz jak to piszę pomyślałam, że będę musiała z Ciesielską od serca pogadać i podpytać ją jakie ma dalsze plany co do swojej młodszej córki Fransuaz.

Kto pyta ten i odpowiedzi się doczeka, prawda?

Brak komentarzy: