Ale się porobiło mówię Wam moi drodzy, że sama nie wiem czy to była prawda, czy też mi się wszystko śniło. Bo wyobraźcie sobie, że w drugi dzień Wielkanocy jak co roku, zdjęłam z parapetu moje doniczkowe piękności, położyłam sobie pod łokcie poduszkę i zasiadłam wygodnie. Jak zwykle bez tłoku i co ważniejsze bez biletów miałam obejrzeć coroczne widowisko pod tytułem „Wielkie polewanie”. No bo musicie moi kochani wiedzieć, że u nas w Fujarkach, to śmigus dyngus jest taki samiuteńki prawie jak u Reymonta. Bo nie tylko , że wszystkie panny, wdowy i rozwódki mokrzusieńkie do domów wracają, to na dodatek te najmłodsze, te co zawsze najwięcej pisku wtedy robią , śmigane są dodatkowo po łydkach (i nie tylko, moi drodzy, nie tylko!), długimi wierzbowymi gałązkami. Teraz to już tylko te odrzucone chłopaki mocno siekają, ale dawniej!!!! Oooo, co rok wracało się z sinymi , albo i krwawymi pręgami do chałupy, mówię wam! No i nie można było się skarżyć, bo i na kogo? Każdy chłopak tymi gałęziami machał i wołał: nie ja biję, wierzba bije. A w tym roku? A w tym roku nic. O mało co , a wrosłabym w ten swój parapet zamiast różowych pelargonii z tego czekania. A tu wyobraźcie wy sobie żadnego widowiska! Nie licząc krzywonogiego, najmłodszego wnuczka Bezatowej Onufrego II, co z plastikowym żółtym jajeczkiem w towarzystwie swojego starszego brata Kalasantego po ulicy przebiegł….nikogusieńko! Nawet syn Pawłowskiej, który zwykle ciągnął za sobą wózek z baniakami pełnymi wody, jakby się był pod ziemię zapadł. Tylko dziewczyny zdziwione najpierw z lekka, a potem coraz to bardziej i bardziej snuły się po naszych ulicach z każdą godziną smutniejsze i smutniejsze. Ja to tak długo nie czekałam, szybko wdziałam na siebie kapotę i przez tylną furtkę do Pawłowskiej pobiegłam, żeby się dowiedzieć co i jak. I wyobraźcie wy sobie jak tylko jej próg przekroczyłam, ze zdziwienia o mało co nie wyrżnęłam głową w odrzwia. No bo moi kochani wchodzę ja do ich największej izby i co widzę? Cała rodzina w komplecie przy stole siedzi, wędliny i inne mięsa przeżuwa i nikt ani myśli , żeby coroczny obowiązek wobec matki tradycji spełnić. No to się ich zapytałam o przyczynę tak wielkiego zaniedbania. A oni mnie najpierw za stołem usadzili, jajkiem święconym uczęstowali, no a potem dowiedziałam się, że wszystkie chłopaki zmówili się, że przenoszą dyngusa na poobiedzie. Czemu? A no za karę, że się podobno w zeszłym roku na naszych chłopaków za to bądź co bądź tradycyjne lanie poobrażały. Widzicie ich? Fujarczan? Jacy to honorni? No ale jak się dowiedziałam, że to tylko niewielkie przesunięcie, to mi się lżej na duszy zrobiło i zostałam u Pawłowskich prawie do samiuśkiego wieczora tak, że nic, a nic z tegorocznej tradycji nie zobaczyłam. Ja jak wiecie plotek nie lubię, ale na zakończenie dzisiejszego pisania wam powiem, że Pawłowska już nie pozwala na swoją największą izbę nawet „ pokój gościnny” powiedzieć. Salon ma być i tyle. Dziwne to jakieś wam powiem. No bo jak to będzie wyglądało, jak gospodyni zawoła do córki: Gracjela, sprzątnij, bo Fredzik znów się w salonie zesrał! Zupełnie jak u ciotek mojej matuli z gęsiami było. No, ale o tym to już wam moi drodzy kiedy indziej opowiem.
Obserwatorzy
czwartek, 8 kwietnia 2010
Dyngus z poślizgiem
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz