Obserwatorzy

sobota, 22 maja 2010

Pomidorowa

Ja tam plotek nie lubię, ani dyrdymałami się nie zajmuję, ale Domicela, co to jej tatko pochodzi z prostej linii od Antoniego Boryny, postanowiła na następnym zebraniu koła gospodyń nauczyć nas wszystkie jak się gotuje prażuchę. A wszystko na skutek wspomnianej już przeze mnie burzy mózgów i jednej z propozycji, aby na naszym deptaku nie suszi, ani inne kebab cze, tylko nasze staropolskie jadło w ruchomych , czyli objazdowych punktach sprzedawać naszym tłumnie przybywającym w przyszłości do Fujarek turystom. I ja się z tym osobiście zgadzam.
I wiele osób mnie oczywiście popiera.
Ksiądz proboszcz też.
Nooo, ale nasze młode panie, albo te, w których domach młodzież pierwsze skrzypce gra, od razu postawiły veto. Bo według nich, to młodzi takich potraw nie ciekawi, a jak do miasta jada to trasa ich wizyt biegnie „od makdonalda, przez picerie do suszi” , na innych owocach morza kończąc. Ja wiem , że teraz owoce morza modne jak ipody i młodzi wolą zdechłą krewetkę od świeżej truskawki, ale moi kochani bez przesadyzmuuuuuu. Wczoraj przechodząc koło Pawłowskich zagadnęłam młodych, co to w sadku między drzewami pranie wieszali, co o tym wszystkim myślą. Oczywiście na samym początku naszej rozmowy ukłonili się i tak wrzasnęli” dżem doppry” jakbym była tak głucha jak ich cioteczna babka Fabrycja.I wiecie co mi powiedzieli? Średni podłubał zapałką w zębie i rzucił: ” żeby skumać klimat, najlepiej przybąkać albo wziąć speera”. Mały był bardziej ugodowy:” jest cool, totalna zlewka na wszystko „ . A najmłodsza dodała tylko: „ ja jak mam flotę to wale na dżamprezę do klubu albo do kogoś na hawirę. Wtedy są akcje. Dostajesz korby i jest masakra”. I koniec rozmowy. Poszli dalej przetrzepywać powłoczki i prześcieradła. A na tym naszym zebraniu to my panie z kółka różańcowego i kobiety z koła gospodyń w gwarze, a potem to i czasem wrzasku zaczęłyśmy gadać o potrawach, jakie nam jeszcze nasze mamy i babki na stół stawiały, ale że i połowy słychać nie było to dałyśmy sobie kilka dni, aby ten mętlik jakoś uporządkować, a może nawet i spisać. Potem, jak już co do czego dojdzie to się wybierze potrawy stare, ale i nie za bardzo skomplikowane. No, żeby się za wiele nie narobić i życia w kuchni nie marnować, ale żeby smak dawny poczuć i turystom naszym, na których w naszych fujarkach czekamy dać coś innego od pomidorowej posmakować. Poszłam se więc wolniutko skrajem łąki w stronę domu, i tak mi się jakoś wspominkowo zrobiło, że jeszcze chwila a zaczęłabym żółciuśkie kwiatki mniszka, mleczem zwanego zbierać, żeby z niego miód wiosenny ukręcić, jak i moja babka kręciła. A kiedy tak szłam to spotkałam Kondejowa co na ławce pod domem siedziała. Ale nie sama, o nie. Obok niej z lewej siedział brat Dopierały , stary kawaler Radogost, a po lewej wdowiec po Irminie Turemce, Brunon. Obaj oni konkurują ze sobą, bo im Kondejowa ponoć dała jakąś nadzieję. Przynajmniej tak kobiety w maglu mówiły. Więc ja , wiedząc , że obaj chłopy tak się nadają do prac w domu i zagrodzie jak kanarek do kieratu, powiadomiłam o wszystkim Kondejkę, żeby była taka więcej świadoma. No, ale dziś to naród mało wdzięczny jest, bo ona tylko ramionami wzruszyła i powiedziała, że jej do ślubu nie spieszno, a zastanawiać to ona się może i kilka lat. Chyba, że w międzyczasie jakiś trzeci i bardziej zdatny się nie napatoczy. A ja to wam powiem, że coraz bardziej lubię teraz te Kisielińską , czasem to jej powiedzenia to aż człowieka z nóg zwalają. Wczoraj przed wieczorem musiałam z własnego domu uciekać, bo najmłodsza Ciesielska ze średnim Pawłowskim i starszą Dopierałów uczyli się do egzaminu. A oni jak się uczą to otwierają szeroko okno, siadają na parapecie i włączają na cały regulator, te swoje radio Haevy Metal Attac. Wiec mi nic innego nie pozostaje tylko albo do kościoła, albo do którejś sąsiadki na komorne iść. No, ale mus to mus, trzeba jakoś dzieciakom pomóc. Jak ten egzamin zdadzą to będą sobie mogli zarobić latem. Bo ten egzamin to jest z wiedzy o grzybach jadalnych tzn. które na skup, a których nie ruszać. Wczoraj więc z potwornym bólem głowy do Kisielińskiej się udałam, a ta mi na moją cichą skargę tak powiedziała: Najlepsze lekarstwo na ból głowy to przybytek. Od przybytku głowa nie boli. I co wy moi drodzy na to?
A jeśli już o prawdziwą, domową pomidorową chodzi, to jak ludzie będą się tak tym nadmuchiwanym, sztucznym żarciem karmić, to zupinę będzie można skosztować już tylko w kulinarnym skansenie.

Brak komentarzy: