Obserwatorzy

wtorek, 23 lutego 2010

O barszczu i o obcasikach

Nie pamiętam już czy wam wspomniałam o tym,że ledwo wyrosłam z niemowlęctwa jak zostałam się za szewskiego czeladnika. A było to tak. Ojce moi zamieszkali w domu, którego gospodarzem był szewc. Miał on w podwórzu drewniany warsztat, w którym to klepał buty, a żona jego miała tam kąt na taka jakby „letnią kuchnię“. Jak się tylko urodziłam, to gospodyni zaraz pożyczyła mojej biednej mamie niecuszki drewniane, co to w nich i ciasto i makaron zarabiała, żeby mnie rodzice mieli w czym kapać. I tak moi drodzy pławiłam ja się w tych mydlinkach, a z drewna do wody przedostawały się wszystkie smaki i zapachy gospodyninego ciasta. I tego przaśnego i tego maślanego, odświętnego. Potem jak już podrosłam od samego rana lubiłam do warsztatu zaglądnąć, bo tam zawsze “opogdyni“( jak ją nazywałam) coś smacznego dla mnie znalazła, a gospodarz to już takie ciekawe rzeczy robił, że hej.
W dzieciństwie najbardziej lubiłam jeść czerwony barszcz. Zabielany śmietaną i ziemniaczki z boku . W tej samej misce. Uwielbiałam patrzeć jak zupa w nie wsiąka i zabarwia na czerwono, a jeszcze wielkie złociste skwarki na samym wierzchu. Oj jakżesz one pięknie pachniały. Mamusia gotowała świetnie, od babci różne sposoby i smaki przyswoiła. No, ale barszcz gospodyni Ładysławy Łojkowej, był prawdziwym i niekwestionowanym dziełem sztuki kulinarnej. I to ten właśnie barszcz zabielany prawdziwą śmietana z prawdziwej wsi wam dzisiaj opisuję.
Pamiętam, że jak u gospodarzy był na obiad ten cudowny eliksir, gospodyni wychodziła z warsztatu i wołała mnie na całe podwórko. Żebym już szła, że obiad na stole i że stygnie.
Potem ich rodzina zasiadała przy wielkim, wysokim stole , a ja tuż obok. Za stół miałam szewski taboret gospodarza, a za krzesło stołek do obierania ziemniaków. Zresztą gospodarze bardzo mnie lubili i często wpadałam do nich na małe co nieco. Tylko moja własna, rodzona mamusia nie była bardzo zadowolona, jak wołając mnie na nasz domowy obiadek, dowiadywała się , że jestem już po i obżarta jak bąk leżę sobie na ganku na ławie. No, ale jedzenie u gospodyni to jedno, a moje terminowanie u gospodarza to drugie. Najpierw to tylko bawiłam sie kopytami. W warsztacie bowiem było wiele półek a na nich same cuda : buty nowiuteńkie, robione na zamówienie, buty stare oddane do reperacji, buty dawno nieodebrane, no i kopyta oczywiście .
A i kopyta były różne, bo i całe, i połówki i kawałki. Z kawałków to chyba najbardziej lubiłam...pięty. Były tam kopyta małe, duże i średnie. Mamusie , tatusiowie i dzieci, czyli kopyciątka. Gospodarzowi Janosławowi wcale nie przeszkadzało jak przestawiałam je z półek na podłogę i urządzałam im domy i prace. Gdy podrosłam zaczęłam podawać mistrzowi różne potrzebne drobiazgi. Tzn. najpierw tylko zbierałam rozsypane pod stołkiem drewniane szewskie szpilki, ale najbardziej lubiłam patrzeć jak wykańcza się obcasy. Na „kozie“ stojącej w warsztacie gotowała się jakaś brązowo czerwona mikstura, którą zaciągało się równiuśko przycięte obcasiki i obcasiszcza. Dopiero potem specjalną szmatą trzeba było polerować buty tak, żeby błyszczały w słońcu jakby były lakierkami. Ech łza się w oku kręci.
Taaaaaaa, tak się kiedyś żyło.
A na koniec przekażę wam starą dobrą radę prawdziwego szewca; gdy buty są troszkę za ciasne ( a nie chce się wam iść do zakładu), trzeba je wytrzeć w środku bardzo gorącą wodą i szybko włożyć na nogi. No i pochodzić oczywiście. Broń Boże używać jakichś tam denaturatów, bo skóra się niszczy i matowieje, a kolor blednie.
A teraz idę do piwnicy po buraki.
Chyba wiecie po co?

Brak komentarzy: