Obserwatorzy

środa, 24 lutego 2010

Z sąsiadami trzeba dobrze .

Wpadł był do mnie na moment Jacenty. Niby to po silikon do uszczelnienia kibelka; mówi ze mu się tam gdzieś grzyb wdaje. U mnie silikonu nie znajdzie, bo go nie mam, u mnie najwyżej glina za stodołą . Ale za to dobra tłusta, nawet garnki można by lepić. Ale widać Jacenty nie święty i garnków lepić nie potrafi , bo poszedł dalej po wsi tego swego lepiszcza szukać. A jeśli o grzyby chodzi to w zagajniku za Sygitami tej jesieni takie kozaki były, jak zydelki do dojenia. A znowu na samym skraju łąki to se zbierałam kanie cudnej piękności. Bezatowa mnie nauczyła jak je smażyć , no mówię wam prawdziwe pyszności. Jeśli zaś o glinie wspomniałam, to przypomniało mi się, że wczoraj z daleka widziałam jak koło remizy stał nasz posterunkowy z jakąś tam babą, Chyba nie była stara, bo chuda straszliwie. Jak wymoczek jakiś. Ja tam plotek nie lubię, ale wydaje mi się, że to była siostrzenica gospodyni naszego proboszcza. Ciekawostka o czym to tak gadali po nocy pod samą brama wjazdową naszej straży. Chyba coś ważnego, bo ta bździągwa straszliwie łapami machała. No, ale za daleko stałam, a poza tym wiatrzysko upierdliwe takie wiało, że nawet by mi się nie chciało bereta z ucha ściągać. Boję się o swoje uszy. Karpińska była w mieście u laryngologa, bo jej w uszach świstało i skrzypiało, to opowiadała potem, że jej siostra z doktorem całą wielką strzykawę jak fontannę do ucha wlali, a wosku to tyle wypłynęło , że i gromnice sobie zamiaruje z niego zrobić. E tam nie wiem czy to prawda, Karpińska to kłamczucha, widziałam nie tak dawno jak kupowała gromnicę w sklepie naszej Róży. Dziś jak wyszłam kota wypuścic to i na swoje róże spojrzałam z daleka, ciekawe czy przetrzymały tę srogą zimę. A u nas w Fujarkach prawie na każdym podwórku bałwan stoi, jeden ładniejszy od drugiego. Nawet pod oknem plebani jeden jest, chustkę na głowie ma i starą torebkę księżej gosposi Telimeny Chałupczyńskiej. A taki ten bałwan do niej podobny..., że jak wieczorem tamtędy przechodziłyśmy z Pawłowską z mszy wracając, tośmy na raz obie zamilkły, bo myślałyśmy że nas podsłuchuje! Telimena nie jest zła, ale lubi ploteczek słuchać jak mało kto. Zresztą kto by nie lubił! Przerwałam na moment pisaninę, bo Ciesielska chciała pożyczyć ode mnie żarówkę. No wiecie ludzie? Nie chce jej się do sklepu samej iść? Ja tam prawie nigdy od nikogo nic nie pożyczam, no chyba, że soli albo cukru w kubeczek. Aaa ocet ostatnio pożyczałam . Od Pani Jeżowej. Wyobraźcie wy sobie, że nasze Fujarki tak z postępem, wiedzą, a i sztuką kulinarną do przodu poszły, że co do której chałupy zaszłam, żadna baba w komorze octu nie miała! Nie używają mówią. Trucizna mówią. Teraz tylko albo cytrynę albo cytrynowy kwasek. Mówią. A dla mnie tam buraki na jarzynę bez octu to jak nauka bez książek. Ale na szczęście Pani Jeżowa nie odżywia się całkiem zdrowo, to mi pożyczyła całe pół litra.
Jak już o nauce mowa, to niedługo trzeba się z sąsiadkami zgadać, bo i razem wieczorem na rekolekcje wielkopostne chadzać będziemy. Zawsze to w kupie weselej, no nie?
A swoja drogą ciekawe, czemu to Pani Jeżowa dała mi aż pół litra tego octu?









Brak komentarzy: