Obserwatorzy

czwartek, 4 lutego 2010

Sąsiedzka potrzeba

Lukrecja Kondej kupiła sobie w Trombitach harfę. Podobno stała u jakichś staruszków na strychu od niepamiętnych czasów. Lukrecja nabyła instrument za przysłowiowe parę groszy, ale wydała sporo na jego renowację. Zapytacie i co z tego? A pytajcie! A ja wam chętnie odpowiem: NIC! No bo Lukrecja nie tyko, że nie umie grać na żadnym znanym mi instrumencie nie wyłączając grzebienia, ale ma taki wyczulony słuch jak Beethowen pod koniec życia. Ona kupiła te harfę po to, żeby postawić na niej doniczkę ze swoją ulubioną paprotką. I tyle.
Wprawdzie nasza dzielna bibliotekarka Basia Gizówna sugerowała wstawienie instrumentu do szkoły, jeśli nie do biblioteki właśnie, ale wystarczyło jedno spojrzenie Lukrecji, żeby Barbara zamilkła. A swoją drogą co by o starym Kalasantym Cichoszu nie gadać, to ten chłop ma rozum, nie jak zwykły chłop, ale jak mądra, wykształcona kobitka. Bo on od wielu już lat zachęca i wójta i radnych, żeby u nas muzeum instrumentów ludowych powstało. Przecież nie na darmo mamy wokół tak ciekawe i rzadko gdzie indziej słyszane nazwy geograficzne, prawda?
Ja tam nie mam w domu żadnego instrumentu oprócz fujarki mego ciotecznego prawnuka , ale ona z plastiku jest i prawie wcale nie piszczy. Ale są u nas takie co mają, wiem bo czasem do sąsiadów z wizytą, albo potrzebą sąsiedzką zaglądam. A Pani Jeżowa to nawet kilka ich ma, ale na żadnym nie gra, bo też u niej słuchu tyle co u mnie gracji. A co do potrzeby to nie jest ona w żadnym wypadku fizjologiczna, o nie! Nasze Fujarki wielkie nie są , to prawda, ale każdy mieszkaniec teraz u nas własną łazienkę ma i nie musi po wsi kibelka szukać. Co to to nie.
Jeśli zaś o sąsiedzkiej potrzebie mowa, to ta potrzeba różna może być. Np. jak ksiądz każe coś komuś przekazać byle szybko, albo na ten przykład, jak nagle się zwołuje zebranie koła gospodyń. Ale ostatnio to nagłych zebrań jakby mniej jest. I nie wiem sama, czy to wina zimy i zimowego przyodziewku , którego my baby sporo w te mrozy na siebie wkładamy, czy też tego, że nam życie leniwiej jakby płynie i nic nowego na razie się nie dzieje. No, ale tak dwa razy w miesiącu to się jednak spotkać trzeba, a nawet jak żadnych nowin na widoku nie ma, to zawsze jest co wspominać. Nie darmo w jednej wsi człowiek tyle już lat żyje, że i przyznać się czasem hadko.
Ja tam plotek nie lubię, ale jak już gadamy o potrzebie sąsiedzkiej, to nie da się nie wspomnieć o pomocy Wszegniewa Bezata, co to osiemnaście lat temu wpadł na moment do Blandyny Wojtasiak, żeby wykręcić żarówkę co to jej się stłukła w samiuśkiej oprawce. Żarówkę wykręcił elegancko nie powiem, że nie, ale na miejsce tej jednej spalonej i stłuczonej wkręca wciąż nowe i nowe i prawie z tej chałupy nie wychodzi. A wiecie co w tym wszystkim najgorsze jest ? A to, że i Blandynie i Wszegniewowi całkiem na dobre to wyszło. Chałupa zadbana, ogród jak z serialu telewizyjnego, no i piątka zdrowych dzieciaków. Tyle, że ślubu nie ma i wygląda to raczej zbyt nowocześnie, jak na nasze Fujarki. No to więc z tą sąsiedzką potrzebą to różnie widać jest.
I tyle.

Brak komentarzy: