Obserwatorzy

poniedziałek, 6 lipca 2009

Biblioteka

Jakiś czas temu nauczycielka Turecka postanowiła, że w naszej gminie biblioteke założyć wypada. No i jak to ona, tak długo wójtowi dziurę w brzuchu wierciła, aż się zgodził. Potem zaraz nie wiadomo jak i skąd, zbyt długo jednak nie czekając, żeby się Bonawentura nie rozmyślił, ściągnęła do nas z miasta swoją koleżankę. Dziewucha jest niczego sobie wysoka, szczupła, jak łozina nad stawem kolo chaty Kalasantego Cichosza. I oczyska ma takie wielkie, i zielone, zielonością tak głęboką jak igiełki na młodej sośnie. Tylko z plecami coś ma jakby ją w lewo przegięło. No i imię obce, wyszukane : Barbara ! Jak żyję nie poznałam nikogo o takim imieniu, bynajmniej u nas, w naszej gminie.
To ta Basia Gizówna najpierw była cichutka, stała tak sobie na boczku, jakby się nas wszystkich na pamięć nauczyć chciała ; ale gdzieś tak po miesiącu jej przeszło. I jakby się ze snu obudziła. Zaraz też zaczęła działać. Ludzie, co też ona nie robiła żeby nas do tej swojej
, a właściwie naszej biblioteki ściągnąć. A to zrobiła wystawę wycinanek ludowych, tych co to je stary Tymoteusz Konasiuk razem z Wirgiliuszem Przyborowskim i ślepym Symeonem Dubaniewiczem wycinali przez blisko miesiąc z makulatury w lasku znalezionej. Innym znowu razem zwołała kupę ludzi do tej ciasnej jak diabli bibliotecznej salki, którą wygospodarowała ze starego kiosku "Ruchu", na spotkanie z gawędziarzem ludowym z sąsiedniej gminy Okaryna Duża, niejakim Atanazym Lengiewiczem. Jak już wam mówię o Atanazym, to grzechem byłoby nie wspomnieć o jego rzadko spotykanym i ciekawym hobby. Człowiek ten od blisko dwunastu lat zbiera stare pokrywki od emaliowanych garnków. Tylko i wyłącznie emaliowanych ! Ma ich już jak twierdzi ponad tysiąc trzysta i ciągle jeszcze szuka, ale teraz coraz to i dalej od domu, bo u nas ludziska tak często garnków, a tym bardziej pokrywek do nich nie kupują. Ja gdy tak na targ we wtorki idę, to lubię sobie do szopy ze zbiorami Lengiewicza zajrzeć. Ludzie, jak się te wszystkie kolory zobaczy, to aż się serce raduje ! Nawet najsmutniejszy człowiek w okolicy Barnaba Kołodziejski skrzywiłby gębę w uśmiechu, gdyby
go się udało zaciągnąć do Okaryny. A i to wam powiem, że nawet facjata nowego domu Kropielnickich, co to ją trynkarze pracowicie tłuczonymi talerzami calutką obłożyli, nie świeci się i nie cieszy oczu tak, jak tamte pokrywki. Nawet w połowie ! Bo takie właśnie widoki ludzi dziwnie na duchu podnoszą. Nawet przez jakiś czas Izydor Kropielnicki i jego gruba żonka Cezaryna boczyli się na Atanazego, gadając, że im splendor zabiera, ale jak raz i drugi do drewutni z pokrywkami ząjrzeli, to im przeszło.
Na tym właśnie polega przemożna siła sztuki.

Brak komentarzy: