Obserwatorzy

czwartek, 30 lipca 2009

Spadek

Wprawdzie żadnego porządnego okrągłego stołu to u nas nie ma (ten co dawniej stał u Krupków, to Adalberg w pijanym widzie zamienił onegdaj na wykałaczki), ale zabrałyśmy tę nerwuskę do domu Leśniakowej, bo u niej salon wielki (widzicie, nie żadna tam izba, tylko najprawdziwszy salon), to się wszystkie wygodnie mogłyśmy pomieścić. Rutkowska jej nawet szklankę wody podała, i to nie jakiejś tam sztucznie mineralizowanej, ale naszej najzdrowszej, prosto ze studni, z tej co to ją stryjeczny dziad starego Leśniaka jeszcze przed wojną polsko- bolszewicką, razem z ojcem Jehudy Lejba Polakiewicza wykopał. I kiedy już kobieta ze wszystkim odtajała, zaczęła mówić o tym co jej leży na sercu. Okazało się, że jej pierwszy mąż był synem przyrodniego brata księdza Michałowskiego, Mieszka, z którym pobrali się jako prawie nieletni i żyli ze sobą kilkanaście lat, wypełnionych ciągłymi kłótniami. I do rękoczynów też podobno często gęsto dochodziło. Kto kogo bił tego paniusia nie wspomniała, ale sądząc po jej posturze musiała niewąskie wciry brać (widać tylko w gębie mocna była biedactwo). A potem jak to w życiu bywa ona znalazła sobie kogoś drugiego, silniejszego i tak jakoś razem pozbyli się pana M. zostawiając jednak sobie na pamiątkę trójkę jego dzieci. I tak żyłoby sobie to nowe stadło spokojnie i zgodnie, nie w luksusie, ale i nie w nędzy do dzisiejszego dnia, gdyby nie pewna rozmowa, w której z zakamarków pamięci wydobyto naszego księżulka. I wówczas nowa głowa rodziny wymyśliła, że "dzieciom" się przecież coś po stryjecznym dziaduniu należy. Wiadomo, ze kto ma księdza w rodzie , tego bida nie ubodzie! Pomyśleli więc, że chyba ksiądz na siebie samego oszczędności życia nie wydał; a tu tymczasem młodzi bez gotówki, bez zawodu, bez roboty. Żyć się chce, nie wspominając już o jakiejś rozrywce ! I tak oto pani Danielita Michałowska do Fujarek po schedę po dalekim krewnym zjechała.
Nasze kobitki pewnie by tej niedoinformowanej biedaczce znowu na utapirowaną głowinę weszły, ale ja ją w obronę wzięłam. Postanowiłam, że do kościółka razem pójdziemy i tam jej pokażemy, co nasz ojczulek ze swoim groszem robił. No i tam dopiero wszyściutko zobaczyła : cudnej piękności drogę krzyżową, wyrzeźbioną przez prawdziwego góralskiego artystę, który ją pieczołowicie przez cały rok dłubał (pomieszkując w tym czasie w Multankach u szewca, Bożydara Jakubisiaka), posadzkę ze szlifowanego kamienia, odremontowaną chrzcielnicę, że już dębowych konfecjonałów nie wspomnę. Jakubisiakowie to uboga rodzina z trójką własnych dzieci i dwojgiem po siostrze Bożydara, więc księżulo płacił Hortensji, która pięknie haftowała, za ozdabianie kap i ornatów. I na to właśnie wydawał i wydał wszystkie pieniądze nasz ojczulek. Jeśli myślicie, że po tym wszystkim Danielita Michałowska wrzeszczała, tupała, groziła sądami, albo robiła jeszcze inne niewyobrażalne ekscesy, to jesteście moi drodzy ludźmi małej wiary i zwapniałego serca (nie wspominając już o wierze w ludzkie uczucia), albowiem była żona przyrodniego brata naszego nieżyjącego od lat proboszcza najpierw się rozpłakała, potem przeprosiła, jeszcze później wyściskała nas wszystkie razem i każdą z osobna, po czym obdarowana wielkim koszem słynnych węgierek z sadu Fryderyki Ciepielewskiej , odjechała w dal.

Brak komentarzy: