Ja tam plotek nie lubię, ale wszyscy pamiętają syna Krasuskich, Kleofasa , który w stanie wojennym u nas na posterunku wojsko odrabiał . Chłopak był odważny i hardy, to i zaraz się swojemu przełożonemu mocno naraził. Komendantem był wtedy daleki kuzyn Jana Kordka, dyrektora naszej podstawówki , January. Ten January Kordek, to czarna owca naszej fujareckiej społeczności. Zupełne przeciwieństwo Jana. A znowu z tym Janem to było tak . Matka jego źle swoją brzemienność znosiła, więc nasza ówczesna akuszerka Adolfina Kisling całkiem prawie już w cha-Yupie Kordków mieszkała. No, a gdy wreszcie do rodów doszlo, to się okazało, że zamiast jednego dwoje dzieci na świat przyszło.Bliźniaki urodziły się słabiutkie, oj daleko im było do tych dwóch smoków, co to je teraz Barczaki z dumą w podwójnym wózku po wsi wożą. Tamte bladzieńkie, chudziutkie, nawet oczek nie miały siły otworzyć; zaraz się więc Kislingowa puściła pędem po księdza Michałowskiego. Księżulo właśnie pisał kazanie na Św. Jana Chrzciciela i tak jednego ochrzcił Jan, a drugiego Chrystian. Chrystian w chwilę potem powiększył grono aniołków, a Jan choć długo był słabiutki i dychał jak karasek ze stawu na brzeg wyciągnięty, ale przecież w końcu wyżył i do dziś dnia się na fujarczyńskich uczniach wyżywa. Ożenił się z córką Borkowskich Balladyną, trzech synów spłodził , a teraz reformę oświatową w naszej szkole wprowadza. Cośmy to też mieli z tą naszą szkołą przeszłego roku tego najgorszemu wrogowi nie życzę. Żebyście wszystko jak trzeba zrozumieli muszę zacząć opowiadanie od początku. Jakoś tak niedługo po zakończeniu stanu wojennego Ireneusz Pietura, komendant naszej ochotniczej straży pożarnej, zainteresował się kontenerem co to go wojsko u nas zostawiło i postanowił do niego remizę przenieść. Do tej pory mieściła się ona w starej freblówce, która jeszcze czasy cesarza Franciszka Józefa pamięta. Ja jak wiecie plotek nie lubię, ale podobno pod koniec drugiej wojny partyzanci ze zgrupowania Oktawiusza Wielgo jakieś duże pieniądze tam pod schodami zakopali. I to w dolarach. Co roku latem wszystkie dzieciaki koło tych schodów patykami, łopatkami, a nawet łyżkami grzebią , ale nikt nic oprócz puszki po skumbriach w tomacie nie znalazł. No, ale do rzeczy. Kiedy Ireneusz wszystkie te bosaki, sikawki i zepsutą od roku pompę do kontenera przeniósł, wtedy Kordek na walnym zebraniu koła gospodyń ogłosił, że postanowił przenieść szkołę z gospodarczych pomieszczeń Guzikowskich do freblówki. Okazało się, że Winicjusz zawiązał z jakimś Jankesem spółkę i zamierzają hodować dżdżownice. Oczywiście amerykańskie. Interesy Guzikowskiego, a zwłaszcza jego ciekawe eksperymenty hodowlane są dla naszej niewielkiej fujarczyńskiej społeczności swego rodzaju rozrywką niemałą! A czasem nawet łączą się z hazardem. Co prawda niewielkim, ale zawsze! Kiedy tylko Winicjusz kupuje w geesie większą ilość plastikowych miednic, albo przywozi z Okaryn dwa tysiące klapek do bielizny, już Idzi Więckiewicz z Napoleonem Salwowskim robią w pubie zakłady co tym razem Winek wymyślił i ile będzie chciał pożyczyć. Mieliśmy już hodowlę pijawek, hurtownię papilotów i skup butelek po occie dziesięcioprocentowym. Raz nawet przyjechała regionalna telewizja ! A stało się to za sprawą ekologicznego smaru do zawiasów, wykonanego na bazie miału węglowego, wieprzowego sadła i pestek z jabłek. Sadło jak wiadomo często jełczeje, a że lato onego roku gorące było, więc... Et życie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz