Obserwatorzy

czwartek, 9 lipca 2009

Tradycja

A ta nasza położna Lutosława Kozaryna, to ma ostatnio pełne ręce roboty. Może to i prawda co ludzie gadają , że jak się garbu dotknie to się potem szczęści i szczęści. Zaraz po narodzinach córeczki garbatej Adeli , najmłodsza siostra kowalichy Santorkowej powiła bliźnięta. Nawet żeśmy się z babami dziwiły, bo Hipolita brzuch miała nieduży i stawiałyśmy na dziewuszkę, a tu taka niespodzianka : dwojaczki ! Dwóch chłopaczków i to wcale nie takich małych. Każdy jak bochen chleba. Dezyderiusz, znaczy ich ojciec, to pił z chłopami cztery doby. Bez ustanku. Ten to ma ma głowę ! Na pewno po dziadku . Ho, ho nawet w sąsiednich powiatach opowiadają jeszcze o Ambrożym Barczaku, co to swoje dziewięćdziesiąte urodziny w karczmie nad szklanką spędził. Od bladego świtu do wieczora stawiał stary każdemu, kto się nawinął. Rownolatków już nie miał, a i tak tylko on na swoich nogach z karczmy wyszedł. Resztę biesiadników wozak Junosza Kozłowski na swoją furkę wrzucił i po domach porozwoził. Co prawda nazajutrz, koło południa, stary Barczak ducha wyzionął, ale ksiądz przyjść zdążył, więc się wszystko szczęśliwie zakończyło. Ja tam wódki nie popieram, co to, to nie, ale tak sobie myślę, że tradycja w narodzie przetrwać musi. Jak się dowiedziałam , że Dezyderiusz dzielnie ją podtrzymuje, a przy okazji o przodku swoim ludziom zapomnieć nie da, to mi się tak ciepło na sercu zrobiło jakby ktoś na nim cały dzień kotlety smażył. Niech sobie miastowi mówią co chcą: u nas na prowincji tradycja przetrwa, a i ludzi nowych przybędzie. Nie pozwolimy, żeby żółta rasa świat zalała. My tu w Fujarkach o swoje dbamy , a kupić nas łatwo nie będzie! Tego kupowania to sama nie wymyśliłam , to nasza sklepowa Wilhelmina Książek co rano te słowa wszystkim babom przypomina, jak chleb z pojemników na półki wykłada . A bochny u nas duże, dwukilowe, wysokie. Skórka na nich brązowa, błyszcząca i spękana. A zapach ! Ludzie ! Jak Fryderyka Ciepielewska z takim gorącym bochenkiem przez wieś świtem bladym do chałupy gna, to się największy śpioch spod pierzyny wygrzebuje i do sklepu po swój bochen pędzi. Taki chleb to najlepiej
do smalcu ze skwarkami pasuje , a tego dobra też u nas nie brak. Jak tylko u Leśniaków, albo u Rutkowskich jest świniobicie zaraz się wszystkie ustawiamy w kolejce. Jak za komuny. Przecież wiadomo, że najlepszy smalczyk jest ze świeżyzny. I żeby jeszcze czuć było zapach spalonej słomy zmieszany ze smrodkiem zwęglonej świńskiej szczeciny. O to, to!

Brak komentarzy: