Obserwatorzy

sobota, 18 lipca 2009

Kiszenie

Ledwo lato się kończy, a tu jesień zaczyna stawiać pierwsze kroki, a wtedy my tu w Fujarkach szykujemy się do naszego dorocznego rytuału, czyli kiszenia kapusty. Oj, rwetes wtedy u nas, że hej ! My baby wybieramy, co cięższe i twardsze „kamienne głowy", dzieciaki kapuścianych głąbów doczekać się nie mogą, a chłopy już skarpety ściągają, żeby kulasy zacząć moczyć. Wiadomo przecież, że najlepiej zimę przetrzymuje kapusta deptana. Najmłodsza córka Dziewanny i Rocha Ostachowiczów ( ci, to szczęście mają; wszystkie pięć w odstępie trzech lat za mąż wydali; i prawie wszystkie bez wielkiego posagu! ), ta co to przez całe dnie przed telewizorem siedzi i każdziutkie słówko z tych wszystkich seriali na pamięć zna, zaczęła nas pouczać, że deptanie kapusty jest niehigieniczne i staromodne, że to wstyd w dwudziestym pierwszym wieku do takich metod się przyznawać. Najpierw matka tej przemądrzałej Zefirynie ( rodzice ostatniej córce imię po stryju dali, mając nadzieję na wcale niemały spadek w przyszłości ) po łbie ścierą dała, nie patrząc, że już mężatka z niej no i matka na dodatek. Potem myśmy się wrzaskiem dołożyły i już. To znaczy, żadnego „już" tak od razu nie było, bo dziewuszysko i tak po swojemu zrobiło, pożyczając drewniany tłuk do ugniatania aż w sąsiednich Trombitach. Nasza racja to dopiero około adwentu na jaw wyszła, bo jak Zefunia ścierki z beczki zdjęła, to aż się zachwiała z rozpaczy i ze wstydu. Dookoła deszczółki, co to pod kamieniem leży rozciągał się kołnierzyk biało-zielonej pleśni. A wiadomo, że taka spleśniała kapusta tylko świniom smakuje. Zefka się wściekła jak diabli i poszła swoje seriale oglądać, a my jak od lat swoich chłopów do szaflików z gorącą wodą zaganiamy . Kiedy tak szykowałam się do wyparzania beczki , to sobie tę durnowatą kuzynkę Barczaków wspomniałam; czy ona myślała, że my tu w kwiaciastych spódnicach przy kołowrotkach siedzimy, albo drzemy pierze śpiewając smętne piosenki ? Tu u nas w Fujarkach żyjemy normalnie jak to w świecie, choć dużo wolniej, co naszym sercom i umysłom na zdrowie wychodzi. Ludzie ! U nas nie ma domu bez kolorowego telewizora, lodówki, video, a i satelity na dachach to zwykła rzecz. Nawet teraz taka moda nastała, że chrzestni na przyjęciny dają dzieciakom komputery czy jakieś tam laptupy. Jak już gadamy o wyparzaniu beczki, to dodam, że połowa sukcesu przy kiszeniu to moi drodzy po prostu higiena! A kamień, to najlepiej by było w żar pod blachą włożyć, tak jak to nasze matki i babki robiły. Tylko, że u nas tylko dwie, albo trzy kuchnie węglowe się zostały, więc nie ma o czym gadać. Ale beczek plastikowych, to u nas nie znajdziesz; nie ma mowy. Od kiedy po drugiej wojnie niejaki Mikołaj Wasylów zakochał się w Eleonorze Kalińskiej z Fujarek Skrajnych i na zawsze w naszych stronach się został ; mamy drewnianych beczek w bród. Był bowiem ów Mikołaj, powszechnie „Wujaszkiem" zwany doskonałym bednarzem, wszystkie beczki, antałki, dzieże, a i niecki spod jego, albo jego syna Melchiora rąk wyszły. A i teraz Mel, który się syna nie dochował, obu zięciów do tego rzemiosła sposobi. I we trzech nie mogą z robotą nadążyć, odkąd moda na folk do miast i miasteczek wróciła. Nawet maselnice ludziska na salony ciągną. Wasylowy tylko ręce zacierają i złotówki liczą.
A tak nawiasem mówiąc podobno ja w niemowlęctwie też w takiej niecuszce od Wujaszka byłam kąpana.
Może dlatego do plastiku sentymentu nie mam i już!

Brak komentarzy: