Jak już zaczęłam o tej obcej filozofii, to muszę też wspomnieć o teściu młodej Ciepielewskiej, niejakim Horacjuszu Kiełczykowskim, który mieszka daleko w świecie, w mieście co słynie z tego, że w nim sprzedają piernikowe serca. Co prawda, nie jest on teściem rodzonym, tylko macochem, ale zarówno Fryderyka jak i jej mąż Hozjusz bardzo go szanują i nazywają ojcem. No, bo matka tego Ciepielewskiego owdowiała jakoś tak półtora roku po ślubie, a była wtedy w połowie ciąży i pracowała na dworcu PKS, w barze „Pikolo". Tam to właśnie poznała Horacjusza, który przejazdem będąc, żonkę sobie u nas upatrzył i zdobył swoją starannością i nie zwracaniem uwagi na takie szczegóły, jakim był dość już wtedy wydatny brzuch Frydki. I to wam powiem, choć mi do plotek o bliźnich daleko, że drugiego takiego małżeństwa, to ze świecą szukać. Horacjusz od początku trząsł się nad swą żonką, jakby ze szkła była, chłopcu sam imię wybrał i do dziś go hołubi. No i nie dziwota, bo swoich dziecisków się z tą swoją (jak jej na imię, to mi teraz dokumentnie z głowy wyleciało, bo strasznie wymyślne ) żonką nie doczekał. A teraz sobie we dwoje z dala od świata żyją i miód z dzióbków spijają. Stara Santorkowa weszła kiedyś do młodych pożyczyć szatkownicę do kapusty, to sporo podpatrzyła i sporo podsłuchała. No i jak każda mazurska baba przejrzała im wszystkie kąty z tej ”sąsiedzkiej„ ciekawości. Nawet do szafki pod zlewem zajrzała. Oj wścibska ta nasza Santorkowa jak mało kto! No, ale babka jej z Mazur, z okolic Olecka pochodzi , a tam to już większość bab taka. A jak wszystkim wiadomo siła genów jest ogromna!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz