Jak już mówię o Joli, to nie sposób nie opowiedzieć o bysiu księdza Michałowskiego, Henrysiu. A było to tak: jakoś tak na rok przed śmiercią ksiądz Wyszomir mimo, że już kiepsko biedaczyna łaził, zdążył na czas, żeby wujenkę Augusty Santorkowej nieboszczkę Serdiukową wysłać na tamten świat, tak jak należy. No i Santorkowa z tej wielkiej wdzięczności dała księżulkowi (zamiast pieniędzy oczywiście!) kilkudniowego byczka. Krowa przy wycieleniu padła i cielaka, bez odpowiedniej opieki też czekał ten sam los (Santorkowa zawsze była chytra jak nie przymierzając moja świekra), więc się go szybko pozbyła. Potem w półgodziny całą wieś obleciała i opowiedziała jaki to wspaniały podarek ofiarowała naszemu proboszczowi. Staruszek tylko kiwał głową, no i za cumelkiem zaczął się rozglądać, żeby zwierzątko kopytek w niemowlęctwie nie wyciągnęło. Codziennie do komóreczki, która przy świetlicy parafialnej stoi sznureczkiem przychodziły dzieci. Zaraz po lekcji biegły z garściami pełnymi, a to siana, a to trawy, albo tylko po to, żeby popatrzeć. I to one właśnie byczego oseska nazwały Henrysiem. A Henryś mimo złych prognoz Santorkowej rósł jak na drożdżach. Wcale nie był podobny do książkowego byczka Fernando, o nie ! Henryś wypuszczony na łączkę za plebanią od razu pokazał, że jest prawdziwym bykiem. Ksiądz Wyszomir nazywał go czasami " Henryk VIII", bo szczególnie groźnie parskał jak drogą przechodziły młode kobiety. I przez kobiety właśnie musiał Henryś Fujarki opuścić.
A było to tak: tuż przed gromniczną nasz świętej pamięci księżulo wypuścił Henrysia , żeby sobie po śniegu pobrykał, a sam oparł się o ogrodzenie i w niebo patrząc kazanie sobie układał. A było to we wtorek, w dzień targowy. Tak gdzieś koło południa kobiety zwykle wracają z bazaru. Rychlikowa niosła trzy nioski czubatki, które właśnie kupiła, Wacikowska dwie kopy jaj, których nie sprzedała, a Makulska to ani nic nie kupiła, ani nie sprzedała tylko tak sobie poszła, żeby tym dwóm potowarzyszyć, a że akurat jej synowa robiła wielkie poświąteczne pranie, więc Rozalinda ciągnęła na sankach swoich dwóch wnuków. I jak już koło księżowskiego ogrodzenia przechodziły Henryś nagle ni z tego, ni z owego szału dostał. Ludzie! Co się wtedy działo, tego i opisać się nie da. Mnie tam wprawdzie nie było, bo akurat u Inocenty stawiałam bańki jej najstarszemu, Joachimowi, co to wpadł do przerębla przy starym młynie; ale co wiem, to wam opowiem. Płot proboszcza był mocny, bo tego to już pilnował nasz majster klepka Zachariasz Wacikowski, ten sam, który do dziś dnia nosi nad księdzem baldachim podczas procesji.
Jest takie przysłowie o dzbanie i uchu, u nas ono pasuje jak ulał. Henryś w jednej sekundzie stał się groźnym buhajem i z płota zostały się tylko drzazgi. Baby oszalały ze strachu i zaczęły gnać drogą w dół, prosto na kiosk przy posterunku. Nie będę się więcej rozwodzić i w niepewności was trzymać. Gdy już jako tako do siebie doszły to okazało się, że Rychlikowa dojechała na saneczkach aż do stawu Dyrektorki, Wacikowska miała w koszu jednego dzieciaka, dwa tygodniki i plik "Gazety Niecodziennej", Makulska zaś młodszego wnuka, trzy ocalałe jajka i zgrzewkę proszku do prania "Brudas". Co się stało z nioskami, tego nikt do dziś dnia nie wie. Ja co prawda miałam swoje domysły (nawet mogłabym powiedzieć gdzie piórka rabe potem widziałam ), ale ja przecież jak wiecie plotek nie lubię.
Dość powiedzieć, że po tym zdarzeniu ksiądz musiał Henrysia sprzedać i to w dalekie strony, bo aż do Burczybasów Niedużych.
Dla świętego spokoju.
A było to tak: tuż przed gromniczną nasz świętej pamięci księżulo wypuścił Henrysia , żeby sobie po śniegu pobrykał, a sam oparł się o ogrodzenie i w niebo patrząc kazanie sobie układał. A było to we wtorek, w dzień targowy. Tak gdzieś koło południa kobiety zwykle wracają z bazaru. Rychlikowa niosła trzy nioski czubatki, które właśnie kupiła, Wacikowska dwie kopy jaj, których nie sprzedała, a Makulska to ani nic nie kupiła, ani nie sprzedała tylko tak sobie poszła, żeby tym dwóm potowarzyszyć, a że akurat jej synowa robiła wielkie poświąteczne pranie, więc Rozalinda ciągnęła na sankach swoich dwóch wnuków. I jak już koło księżowskiego ogrodzenia przechodziły Henryś nagle ni z tego, ni z owego szału dostał. Ludzie! Co się wtedy działo, tego i opisać się nie da. Mnie tam wprawdzie nie było, bo akurat u Inocenty stawiałam bańki jej najstarszemu, Joachimowi, co to wpadł do przerębla przy starym młynie; ale co wiem, to wam opowiem. Płot proboszcza był mocny, bo tego to już pilnował nasz majster klepka Zachariasz Wacikowski, ten sam, który do dziś dnia nosi nad księdzem baldachim podczas procesji.
Jest takie przysłowie o dzbanie i uchu, u nas ono pasuje jak ulał. Henryś w jednej sekundzie stał się groźnym buhajem i z płota zostały się tylko drzazgi. Baby oszalały ze strachu i zaczęły gnać drogą w dół, prosto na kiosk przy posterunku. Nie będę się więcej rozwodzić i w niepewności was trzymać. Gdy już jako tako do siebie doszły to okazało się, że Rychlikowa dojechała na saneczkach aż do stawu Dyrektorki, Wacikowska miała w koszu jednego dzieciaka, dwa tygodniki i plik "Gazety Niecodziennej", Makulska zaś młodszego wnuka, trzy ocalałe jajka i zgrzewkę proszku do prania "Brudas". Co się stało z nioskami, tego nikt do dziś dnia nie wie. Ja co prawda miałam swoje domysły (nawet mogłabym powiedzieć gdzie piórka rabe potem widziałam ), ale ja przecież jak wiecie plotek nie lubię.
Dość powiedzieć, że po tym zdarzeniu ksiądz musiał Henrysia sprzedać i to w dalekie strony, bo aż do Burczybasów Niedużych.
Dla świętego spokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz