Proboszcz Kuśmierczyk, to bardzo dobry ksiądz. Stara się żeby kościół wyglądał coraz ładniej. Dwa lata temu zmieniliśmy ławki, teraz zbieramy na nowe witraże, a potem znowu na coś będziemy zbierać. Tak, ksiądz Sykstus jest naprawdę w porządku, a jednak my starsze parafianki z prawdziwą miłością wspominamy naszego nieżyjącego od kilku lat proboszcza. Bo ksiądz Michałowski był sercem naszych Fujarek. Wszystkich trzech. On żył dla ludzi, a ludzie starali się mu pomagać jak mogli, zwłaszcza w ostatnich latach. I choć odszedł do, jak to mówią lepszego świata, to czuwa nad nami z daleka. Księżulo mówił zawsze, że jesteśmy jego rodziną, jego dziećmi. O swoich krewnych nie wspominał nigdy, bo też i nikt go o nich nigdy nie zagadał. Ale tak jakoś w rok, czy dwa po śmierci staruszka zjawiła się u nas nikomu nie znana paniusia i oznajmiła, że przyjechała odzyskać spadek po zmarłym wuju. Powiedziała, że nazywa się Danielita Michałowska i jest byłą żoną bratanka księdza - Manfreda. Patrzyła przy tem na nas tak, jakbyśmy były nic niewartymi liszkami zżerającymi liście kapusty na ekologicznym polu Borkowskich. Patrzyła na nieśmiałą Gryzeldę, na zaskoczoną Dziewannę, a nawet na Laurencję Kisielińską, która tym razem zapomniała języka w gębie i nie rzuciła w babę żadnym celnym powiedzonkiem. Potem spojrzała na mnie. Wyobrażacie sobie ? Na mnie ! Co sobie myślała "ta babsztyla" przyjeżdżając do nas znienacka, rozglądając się tak, jakby stała na swoim własnym polu i patrząc na nas, fujarczańskie członkinie koła gospodyń tak, jakby stała na Oboju najwyższym szczycie Harmonijek, naszych rodzimych wzniesień. O nie, nawet się ta leleputa mierząca metr pięćdziesiąt w nazbyt wysokich obcasach, nie spodziewała (co ja mówię, nawet ja sama się tego nie spodziewałam), że mnie przypadnie ten zaszczyt i pokażę naszemu "gościowi" gdzie jest jego miejsce. Uśmiechacie się ? Tu nie ma nic do śmiechu. Chodzi o godność ! O godność i honor nie tylko nas kobit, ale naszej całej fujareckiej społeczności. Więc ja Annabella stając w obronie tej godności, tak objechałam tę paniusię używając samych kulturalnych inwektyw, że o mało jej dolna szczęka z zawiasów nie wypadła. Pewnie nigdy w tym swoim dalekim mieście nie słyszała jak można kląć, używając samych cenzuralnych słów i to prosto ze słownika poprawnej polszczyzny. A to było tak, że akurat pisałam pracę semestralną z polskiego dla Achimka Jekiela, który kończy właśnie samochodową zawodówkę i wybiera się do technikum. A trzeba było w tej pracy przedstawić swoją wersję rozprawy między trzema panami, no to ja to zrobiłam, tak jak trzeba grzecznie i ze słownikiem, żeby wszystkie "powszechnie" używane wyrażenia, na nasze przetłumaczyć. Paniusia najpierw zaniemówiła, potem poczerwieniała na twarzy i oblały ją takie poty, że zdjęła swój pomarańczowo cynobrowy kapelusik i zaczęła się nim wachlować. Robiła to jednak tak gwałtownie, aż seledynowa kokarda, która go przepasywała poleciała na dach kurnika Rutkowskich. Biedne kokoszki, jak one się wtedy wystraszyły, jak zaczęły gdakać! Podobno po tym zajściu przez miesiąc ani jednego jajka nie zniosły.
No, ale my mogłyśmy wreszcie zacząć spokojną rozmowę.
No, ale my mogłyśmy wreszcie zacząć spokojną rozmowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz